CZYLI O POSZUKIWANIU SŁONECZNEJ STRONY ŻYCIA
piątek, 25 marca 2011
Duch powtarzania

Zazwyczaj budzę się przed szóstą, prawym okiem rejestruję słońce za oknem, przekręcam się na drugi bok i zaczynam rozmyślania. O snach, planie dnia, kolejnych tematach do opisania, buduję wątki, układam zdania.
Wstaję po siódmej, szybkie mycie i wracam do łóżka. Razem z Weną. Czasem wpuszczam do sypialni świeże powietrze, ale gdy tylko wypełni pokój zamykam, żeby mi Weny nie wywiało.

A potem piszę.

Bywa, że cztery, czasem osiem godzin.

Nie wiem, czy ilość przekłada się na jakość. Zazwyczaj zapełniam kilka stron. Zostanie to zweryfikowane później przez najbliższe otoczenie - AS (najsurowszy krytyk), Roxy, Mal, Mama, która dzwoni zaraz po otrzymaniu koperty. MM nie jest obiektywny - zawsze chwali jednym słowem.

Najważniejsze w tym wszystkim jest to, że mnie się naprawdę chce. Wstać i pisać. Całkowicie przenoszę się w świat moich bohaterek, buduję ich postaci, charaktery, komplikuję życia. Udzielają mi się ich emocje. A może to moje emocje wpisuję w ich osobowości?

AS powiedział, że tydzień temu, gdy dostałam dobre recenzje na kursie, sama sobie postawiłam wysoko poprzeczkę i teraz muszę przynajmniej utrzymać jej poziom. Nie wiem, czy mi się uda, bo historie, które są we mnie nie do końca spełniają wymagania kursu. Ale muszę je z siebie wypisać, by zabrać się za coś innego, większego. Na razie mam ich ok. 15 do opisania i dałam sobie czas do końca czerwca.

Jak mówi RN (prowadzący kurs) - najważniejszy jest duch powtarzania!

A ja się z nim zaprzyjaźniłam.

Z duchem oczywiście;-)

09:57, miss_sunflower , kurs pisania
Link Komentarze (14) »
piątek, 18 marca 2011
Kurs pisania

Przyszła na pierwsze zajęcia kursu pisania z sercem w żołądku. Trema? Nie. Tuż przed wejściem odebrała telefon, na który czekała cały dzień. Przedstawiła się, tak jak pozostali uczestnicy. Po kilku minutach wiedziała już, że jest jedyną osobą, która nie może pochwalić się żadnymi osiągnięciami. Pisarskimi oczywiście. Jeszcze kilka miesięcy temu wyszłaby z tej sali przepraszając, że w ogóle zajęła ich czas. Dzisiaj zadziałało to w sposób motywujący. W końcu z tego powodu zrezygnowała z pracy z małymi perspektywami w firmie z jeszcze mniejszymi perspektywami. "Najwyżej dowiem się, że nie potrafię pisać" - pomyślała. Przecież jeśli to się nie uda - ma plan B, choć prowadzący uważa, że jest to niemożliwe. Ale czy miał również  na myśli zostanie wróżką?

To było pierwsze ćwiczenie na pierwszych zajęciach kursu pisania - mieliśmy napisać coś o sobie (mogło być w trzeciej os.) albo o kimś innym w jakiejś sytuacji. Napisałam bez zastanowienia to, co mi przyszło do głowy, czyli to jak się właśnie poczułam.

Za mną w sumie 3 zajęcia. Prowadzi je Redaktor Naczelny pewnego magazynu, z czego się bardzo cieszę, bo głównie ze względu na prowadzącego wybrałam ten właśnie  kurs.

Na każdych zajęciach są czytane prace 2 uczestników i potem dokładnie omawiane i oceniane. Na ostatnich poszło "pod nóż" moje opowiadanie. Byłam zaskoczona pozytywnymi opiniami a najbardziej zdaniem RN - jestem bardzo dojrzała w swoim pisaniu i On niewiele już może mnie nauczyć.

Nie mogłam w to uwierzyć!!!!!

Powiedziałam, że właśnie dzięki Jego wskazówkom napisałam ten tekst ze szczególnym zwróceniem uwagi na bohatera. Usłyszałam, że w takim razie jeszcze czegoś się nauczę:) I że do tej pory to najlepszy tekst (byłam czwartą osobą).

To chyba dobry początek.

Niezwykle motywujący:)

Po raz pierwszy pomyślałam, że mam realne szanse na spełnienie swojego marzenia o pisaniu:)

I że dobrze wykorzystuję tę kilkumiesięczną przerwę w pracy.

23:42, miss_sunflower , kurs pisania
Link Komentarze (7) »
niedziela, 13 marca 2011
Jaskółka i Czarodziej

Jedna jaskółka wiosny nie czyni, ale siedemnaście grzybiarek (czytaj: prostytutek) na odcinku 9 kilometrów, na jednej ze świętokrzyskich tras, ewidentnie świadczy o ociepleniu;-)

Ja też czuję wiosnę. Po części dzięki pogodzie (tak, wiem, jeszcze tylko jutro będzie ciepło i słonecznie) ale w przeważającej części dzięki piątkowemu spotkaniu.

Z kim?

Dla mnie to Czarodziej. W rzeczywistości lekarz, homeopata, terapeuta i astrolog.

Byliśmy umówieni dopiero za 2 miesiące, ale zwolnił się termin i stwierdziłam, że to jest najodpowiedniejszy moment.

Zamiast o dolegliwościach fizycznych całą godzinę przegadaliśmy o astrologii. O moich zdolnościach, które zaczną się stopniowo ujawniać. Sny to podobno początek. Moja droga to praca z energią czyli potwierdził to, co sama intuicyjnie czuję. Nakreślił mi moją przyszłość a najważniejsze, że odpowiedział na pytania, które dręczyły mnie przez ostatnie cztery miesiące.

Wyszłam stamtąd uskrzydlona. I pierwsze, co poczułam to głód. I czuję nadal, więc wreszcie (po wielu tygodniach) znowu jem. I choć nie odrobię siedmiu straconych kilogramów, to będę jeść.

To niesamowite, jak jedno spotkanie może odmienić życie.

Chce mi się latać...

W końcu jestem bursztynowym motylem:-)

22:15, miss_sunflower , dzień za dniem
Link Komentarze (6) »
wtorek, 08 marca 2011
Być kobietą...

Od rana miłe smsy z życzeniami, telefony. Nie tylko od mężczyzn. Te od kobiet cieszą tak samo, a może nawet bardziej? Bo tylko my znamy tajemnicę, jak to jest NIMI być.

Nosimy sukienki, biustonosze, pończochy i szpilki. Malujemy paznokcie. Przytulamy się nawzajem, całujemy na powitanie. Przeżywamy wielokrotne orgazmy. Cierpimy z powodu PMS. Czujemy w sobie życie, doświadczamy cudu narodzin i karmienia piersią. Kierujemy się często intuicją i ulegamy silnym (często skrajnym) emocjom.

Dziadek przywitał mnie słowami: "Witaj śliczności moje! Jesteś zalążkiem pięknej kobiety, która zasługuje na same doskonałości".

MM obdarował mnie bukietem róż.

Przyjaciel zaskoczył.

Z Przyjaciółką byłam po odbiór wyników mammografii. Gdy jechałyśmy do przychodni, powiedziała, że bardzo chciała, bym z Nią pojechała. Że jestem Jej talizmanem i przyniosę Jej szczęście. Czy ja w moim obecnym stanie ducha mogę je komuś przynieść? Okazało się, że mogę. Jest zdrowa. Uczciłyśmy to czekoladową kawą na Nowym Świecie.

Dzisiaj zobaczyłam, ile uśmiechu jest wokół mnie. I dla mnie.

Jestem pączkiem, który rozkwitnie na wiosnę.

Jestem kobietą...

23:20, miss_sunflower , dzień za dniem
Link Komentarze (2) »
środa, 02 marca 2011
Małe a cieszy

Od kilku dni czyli od czwartku prowadzę akcję poprawiania sobie humoru.

Najpierw był wieczór i noc u Miśki (od kilku miesięcy znowu się koleżankujemy, a od kilku tygodni mamy ze sobą kontakt prawie codziennie). Piłyśmy wino, robiłyśmy zapiekankę makaronową ze szpinakiem i rozmawiałyśmy do 2 nad ranem. Pożyczyła mi spódnicę, bo ja nagle stwierdziłam, że skoro schudłam, to po raz pierwszy w życiu mam ochotę na mini. Na bardzo minimalną mini:)

I w piątek pojechałam na zakupy. Kupiłam do niej obcisły szaro-czarny sweterek i czarną obcisłą sukienkę. Za bardzo małe pieniądze, bo to ostatnie dni wyprzedaży, więc radość tym większa.

W sobotę obudziłam się w podłym nastroju. W drodze na giełdę elektroniczą poprosiłam MM, byśmy wstąpili do Reduty, bo jeśli czegoś nie ma w innych galeriach, to największa szansa, że jeszcze będzie tam. I oczywiście było!!!  Zostałam szczęśliwa posiadaczką szarej mini (identycznej z Miśkową, z Espritu, przecenionej ze 199 na 49 PLN) i takiej samej czarnej. Do tej pory omijałam tę markę, bo mnie nie było stać na takie drogie rzeczy. Wpadłam w stan euforii, a Miśka odetchnęła z ulgą, bo się bała, że nie odzyska swojej spódnicy. W poniedziałek dostałam za to od Niej zieloną tunikę i różowy sweterek.

MM stwierdził, że nie rozumie, jak łatwo wyciągnąć kobietę z dołka i jak szybko przechodzę od łez do takiej radości. I to z powodu ciuchów.

Szczerze mówiąc sama tego nie rozumiem... Czy rzeczywiście kawałek materiału potrafi u nas spowodować zapomnienie o niepowodzeniu, zdradzie, zawiedzionym zaufaniu, rozstaniu z ukochanym? Czy chodzi o coś więcej? Może ta szmatka, powoduje, że inaczej patrzymy na siebie w lustrze? Może widzimy znowu uśmiech na swojej twarzy? Może wtedy przypominamy sobie, że jednak możemy się uśmiechać i to  ubrane właśnie w niego, wyglądamy najpiękniej? Może ten nowy ciuch powoduje, że zdajemy sobie sprawę, że nowy dzień będzie lepszy?

12:01, miss_sunflower , dzień za dniem
Link Komentarze (10) »
środa, 23 lutego 2011
Miss tańczy (ale nie śpiewa;-)

Zapisałam się na taniec.

W zasadzie to mój brzuch się zapisał. I tańczy razem z biodrami.

Już w tamtym roku, gdy byłam na warsztatach z "tantra joga" zamarzył mi się taniec brzucha. Tamte zajęcia były niesamowicie energetyczne. Ale oczywiście z różnych powodów skończyło się na marzeniach. I chęciach.

W Izraelu kupiłam sobie strój z brzęczącymi blaszkami - najpierw opaskę na biodra, a potem znalazłam coś na kształt mini spódniczki i biustonosza. Kolor materiału czarny a "monety" złote. Na zajęcia zakładam tylko spódniczkę (i to na getry) i zwykłą koszulkę na ramiączkach. Ale chyba kupię po prostu długą spódnicę i odsłonię brzuch, bo wtedy lepiej widać ruchy.

Na razie byłam dopiero trzy razy, ale jestem totalnie zauroczona. Patrzę z zazdrością na inne dziewczyny, na ich zmysłowe ruchy i też tak chcę! Ale dużo pracy przede mną, by nabrać takiej lekkości i miękkości. I jak na złość schudłam (przez stres, 6 kg) a teraz przydałoby się tu i ówdzie czyli tam, gdzie było całkiem sporo.

Niektóre kroki i ruchy są dość proste (np. shimmy), ale balansowanie brzuchem, zwłaszcza w pionie to juz wyższa szkoła jazdy.

Jednak nie zamierzam się poddać!

Tym bardziej, że krok w stronę słońca...

(A przystojny prowadzący potrafi skutecznie zmotywować;-)

niedziela, 20 lutego 2011
Zdałam egazamin! :)

i euforia tak mnie wykończyła, że wpis jednak napiszę jutro:)

21:38, miss_sunflower
Link Komentarze (5) »
piątek, 11 lutego 2011
Na drugie mam Emocja

Ktoś kiedyś mi napisał: "Twoje emocje to znak, że czujesz mocniej niż inni i to mnie w Tobie bardzo pociąga".

Czy dzisiaj powiedziałby to samo? Po tym jak poznał całą ich gamę?

Ostatnio usłyszałam, że jestem za bardzo emocjonalna, uczuciowa i wrażliwa. Powiedziane z troską w głosie.

Ale to cała ja. Składam się z miliona emocji. Różnych. Skrajnych. Dynamicznych. Od euforii w jednej minucie do totalnego smutku w następnej. Czuję. Odczuwam. Odbieram emocje innych. Przetwarzam. Wytwarzam kolejne. Produkuję. Nadprodukuję.

To sens mojego bycia. Bez emocji nie byłoby mnie.

Uczuciowa... Jeśli kocham to całą sobą. Jeśli cierpię - tym bardziej. Tego nie potrafię zagrać. Co w sercu to i w oczach.

Wrażliwa... Łatwiej mnie zranić a zdenerwować dużo trudniej. Nie potrafię się uodpornić na słowne ciosy.

Mówię, co czuję. Najbliższym.

Taka jestem.

I dobrze mi z tym...

poniedziałek, 07 lutego 2011
A w Izraelu...

Wróciłam z Izraela tydzień temu. Ale jak to zwykle bywa w moim przypadku tylko ciałem, bo duchem jestem jeszcze tam. O Cyprze myślałam intensywnie przez sześć miesięcy i zapowiada się, że tę podróż będę wspominać znacznie dłużej...
Od listopada marzył mi się wyjazd. Nastała zima i to pragnienie przybierało na sile. Myślałam o Egipcie, bo tam było słońce, ale nie specjalnie mnie do niego ciągnęło.
Gdy padła propozycja - Izrael, pomyślałam, że to nierealne...

Ale dlaczego nie?

To była moja najbardziej spontaniczna decyzja w życiu:)

I okazała się najbardziej magicznym wyjazdem...

Gdy tylko samolot opuścił Okęcie, wzniósł się ponad chmury i zobaczyłam najpierw błękit, a zaraz potem słońce... poczułam wzruszenie pod powiekami. Tak bardzo tęskniłam za tym widokiem... A po wylądowaniu, w Tel Awivie, gdy wszyscy wsiadali do autobusu, wystawiłam twarz i gdy poczułam ciepłe promienie na policzkach, euforia rozlała się po moim ciele...

Pojechałam z biurem podróży. Nie będę pisać, czy jestem z niego zadowolona, bo to nie miało znaczenia. Nie nastawiałam się na luksus, ale na zdobywanie wiedzy, wrażeń, doznań. A tego miałam w nadmiarze.

Miejsca, które odwiedziłam: Jerozolima, Betlejem, Cezarea, Hajfa, Nazaret, Jezioro Genezaret, Jerycho, Morze Martwe.

Największe wrażenie zrobiła na mnie Ściana Zachodnia w Jerozolimie, nazywana przez Polaków Ścianą Płaczu. Byłam tam wieczorem i zaparło mi dech na dłuższy czas. Niesamowite skupienie modlących się Żydów.

Moja grupa zwiedzała miejsca ważne dla chrześcijan. Trudno było mi się modlić na zawołanie, w każdym kościele, bo tych odwiedzaliśmy najwięcej. Nie poczułam się "nawrócona", ale przyznaję, że wizyta w Bazylice Grobu Pańskiego, wywołała we mnie potrzebę głębokiego pochylenia się i modlitwy. Wejście do maleńkiego pomieszczenia Grobu Pańskiego, gdzie mieszczą się dwie osoby, poruszyło moje serce.

Niezapomniana była kąpiel w Morzu Martwym. To, czego po raz pierwszy dokonałam na Cyprze czyli położenia się na wodzie, tam było dużo łatwiejsze. W zasadzie innej możliwości, jak unoszenie się na powierzchni, nie było:) Nie wspominając o wymazaniu się błotem:)

Czułam się bezpiecznie. Ale to zasługa mojego Anioła Stróża, który mnie cały czas pilnował. Od Niego też dowiedziałam się najwięcej. O Izraelu, religiach i kulturach. To, co mnie zaskoczyło najbardziej, to fakt życia obok siebie przedstawicieli różnych wyznań. Widok ortodoksyjnych Żydów przechodzącycyh przez dzielnicę arabską w Jerozolimie i odwrotnie. Ich wzajemny szacunek do siebie. AS zabierał mnie na spacery małouczęszczanymi uliczkami, pustymi nocną porą, dzięki czemu mogłam zobaczyć zwyczajne życie mieszkańców miasta. Zabrał mnie do meczetu podczas, gdy wycieczka spędzała godzinę w sklepie z kosmetykami. I choć czułam się obiektem zainteresowania pięciuset wychodzących  mężczyzn (po mszy tylko dla nich) ten czas był na pewno bardziej wartościowy. Zaszczepił we mnie głód wiedzy i ogromny apetyt na kolejne podróże. Oby tak samo wyjątkowe...

19:29, miss_sunflower , dzień za dniem
Link Komentarze (9) »
czwartek, 27 stycznia 2011
Telegram z Izraela

Obecnie jestem w Nazarecie. Stop.

Zwiedzam do bólu. Stop.

Ale jeszcze nie czuję się nawrócona. Stop.

Obawy zniknęły, podekscytowanie wzrosło. Stop.

Znalazłam słońce!!!!!!! Stop.

21:50, miss_sunflower , dzień za dniem
Link Komentarze (4) »
 
1 , 2 , 3 , 4